with Brak komentarzy

Wyobraź sobie, że ktoś naprawdę Cię kocha. Jest przy Tobie, odpisuje na wiadomości, nie znika na trzy dni bez słowa, nie robi scen. I zamiast czuć spokój, czujesz dziwną pustkę, jakby czegoś brakowało, jakby to nie było "prawdziwe". Brzmi znajomo? To nie jest Twoja wina, i nie znaczy, że z tą relacją coś jest nie tak.

W dzieciństwie twój mózg nauczył się rozpoznawać miłość dosłownie, jako wzorzec neurologiczny, zakodowany bardzo wcześnie, kiedy byłaś małym dzieckiem i zupełnie nie miałaś wpływu na to, co się dzieje wokół Ciebie. Jeśli w tamtym czasie "miłość" wyglądała chaotycznie (rodzic, raz Cię przytulał, a raz krzyczał, dom, w którym nigdy nie wiedziałaś, na co się nastawić, uwaga, o którą trzeba było walczyć albo zasłużyć), to właśnie ten wzorzec stał się dla Ciebie punktem odniesienia. Twój mózg zapisał sobie, że tak właśnie wygląda bliskość.

Twój mózg zapisał sobie, że tak właśnie wygląda bliskość

Teraz, jako dorosła osoba, trafiasz na kogoś, kto jest po prostu stabilny, spokojny, nie gra w gierki, a coś w środku mówi, że to chyba za nudne, żeby być prawdziwe. Albo czujesz się nieswojo, bo nie wiesz, jak się zachować, kiedy nie ma o co walczyć. To nie jest kaprys ani wina. To jest dosłownie Twój układ nerwowy, który robi to, do czego go wytrenowały lata dzieciństwa.

Jest taka teoria przywiązania, John Bowlby opisał ją już w latach 60, a potem Mary Ainsworth rozwinęła w badaniach nad małymi dziećmi. Mówi ona, że sposoby, w jakie jako niemowlęta i dzieci przywiązujemy się do opiekunów, kształtują nasze oczekiwania wobec wszystkich późniejszych bliskich relacji. Jeśli opiekun był przewidywalny i dostępny, uczysz się, że bliskość jest bezpieczna. Ale jeśli był niestabilny, raz ciepły, raz odrzucający, to uczysz się czegoś innego. Że miłość jest czymś, co trzeba zdobywać, że spokój to nie miłość, bo kiedy było "dobrze", to właśnie wtedy czułaś, że lada chwila coś się posypie.

Samotna kobieta, siedząca przy stole

Dzieci z takich domów często rozwijają tak zwany lękowy styl przywiązania albo zdezorganizowany, i w obu przypadkach dramat, napięcie i intensywność emocjonalna stają się synonimami prawdziwego połączenia z drugim człowiekiem. Spokój zaczyna kojarzyć się z obojętnością, bo w dzieciństwie cisza często znaczyła właśnie to, że nikogo nie ma, że nie ma się dla kogo starać.

Dlatego może być tak, że ktoś Cię kocha, traktuje dobrze, a Ty siedzisz i myślisz: "ale czemu nie czuję nic?". Bo Twoje ciało dosłownie nie rozpoznaje tego jako "miłość" w sensie, który zna. Czuje się jak coś obcego, bezpiecznego ale jakby z innego języka. I tu jest sedno, bo to nie znaczy, że ta spokojna relacja jest zła. To znaczy, że Twój wewnętrzny "detektor miłości" jest skalibrowany na wzorzec, który był niebezpieczny, ale znajomy. Znajomy zawsze czuje się lepiej niż nieznajomy, nawet jeśli znajome było złe. Mózg woli to, co zna, od tego, czego nie umie przewidzieć.

Znajome uczucie zawsze czuje się lepiej niż nieznajome, nawet jeśli znajome było złe

Dobra wiadomość jest taka, że ten wzorzec można przepisać. Nie z dnia na dzień i nie bez pracy, ale można. Terapia, szczególnie ta zorientowana na przywiązanie albo na traumę (jak EMDR czy praca z ciałem), potrafi naprawdę dużo tu zmienić. Nie chodzi o to, żeby "zrozumieć intelektualnie", bo to zwykle jest proste, ale żeby Twój układ nerwowy nauczył się tolerować spokój bez ciągłej czujności.

Na razie wystarczy jedno. Jeśli czujesz tę pustkę obok kogoś, kto Cię kocha, nie wyciągaj pochopnych wniosków, że ta relacja nie ma sensu. Może to po prostu pierwszy raz, kiedy jesteś wystarczająco blisko czegoś zdrowego, żeby poczuć, jak bardzo tamto inne było nie w porządku.

Zostaw Komentarz